20 lat giełdy, czyli lekcja życia. Z włożonej złotówki dało się wyciągnąć 43 zł!

Warszawska giełda kończy dziś 20 lat. Pierwsza sesja na parkiecie w dawnym warszawskim Domu Partii odbyła się dokładnie 16. kwietnia 1991 r. Pamiętam te czasy jak przez mgłę, jako nastoletni licealista. Sesje odbywały się raz w tygodniu, zlecenia składało się na papierowych formularzach, a ustalane przez maklerów kursy obserwowało na monitorze telegazety. Ach, co to był za dreszcz emocji: kursy spółek nie ukazywały się jednocześnie, więc czasami, czerwony z podniecenia, przez długie sekundy wpatrywałem się w ekran czekając na wyświetlenie kursu „mojej” spółki. Później o taką ekscytację przyprawiały mnie w życiu już tylko… nagie kobiety :-)).

Nudzą Cię samcikowe wspomnienia? Jeśli chcesz poczytać tylko o tym jak można było wyciągnąć 43 zł z zainwestowanej złotówki – przejdź od razu do ostatnich trzech akapitów.

Początki giełdy - maklerzy ustalają kursyTak jak wielu weteranów giełdy zaczynałem swoją przygodę z parkietem w 1993 r., w czasach wielkiej hossy. W tym roku indeks WIG wzrósł o 1095%.  Tak, tak, niemal jedenastokrotnie. Ech, to była bańka, nie to, co teraz :-). Miałem 18 lat i na giełdę przyniosłem równowartość dzisiejszych 2000 zł, które pożyczyłem od taty. Do biura maklerskiego Banku Staropolskiego (albo Wielkopolskiego Banku Kredytowego, nie pamiętam już dobrze) przyszedłem z tą kasą w portfelu, wysypałem maklerowi na biurku i zabiłem go pytaniem: „czy jest tu notowana jakaś spółka z Poznania?” (bo tam się urodziłem i wówczas mieszkałem). Makler polecił mi… papiery Swarzędza, który dziś jest bankrutem, ale wtedy pozwolił mi w kilka miesięcy pomnożyć kapitał niemal dziesięciokrotnie. O Swarzędzu wiedziałem tylko tyle, że produkuje meble. Wtedy to mi wystarczyło, by zarabiać krocie na jego akcjach.

Czytaj też: Tylko dwie z pięciu spółek otwierających giełdę dziś na niej jest

Zarobiłem, sprzedałem i uważałem się za mistrza świata. Po drodze miałem kilka innych udanych strzałów i w ciągu roku kapitał z równowartości 2000 zł urósł do równowartości 30.000 zł. Kazałem mówić do siebie „Boże”, ewentualnie „Guru” lub „My Hero”. To ostatnie zostało mi do dziś :-). Zbliżała się słynna prywatyzacja Banku Śląskiego. Stałem w kolejce po „swoje” trzy akcje i – ponieważ jako jeden z nielicznych inwestorów miałem już rachunek inwestycyjny, na którym szybko zapisano mi tzw. świadectwa depozytowe, a potem akcje – byłem jednym z nielicznych szczęśliwców, którzy mogli dysponować akcjami Śląskiego już na pierwszej, debiutanckiej sesji. Kosztowały wtedy 6,5 miliona złotych (przed denominacją) za sztukę, co oznaczało 13-krotną przebitkę do ceny emisyjnej, wynoszącej 500 tysięcy ówczesnych złotych.

Liczyłem zyski, kazałem się wozić w lektyce oraz całować w pierścień, którego jeszcze nie miałem, ale akcji Śląskiego nie sprzedałem. Wierzyłem, że zarobię na nich jeszcze więcej, bo nie znałem świata, w którym ceny akcji mogą spadać. Potem jednak przyszedł krach. Kurs Śląskiego, tak jak innych moich spółek, zaczął spadać. Po 10% na sesję. Sprzedających było tylu, że handel w ogóle zawieszono (tzw. oferta sprzedaży). Najpierw nie sprzedawałem, bo się nie dało. Potem dlatego, że wierzyłem, iż zaraz się odbije. Bo dlaczego miałbym sprzedawać za grosze coś, czego cena spadła właśnie o połowę? Okazało się, że na giełdzie zawsze może być taniej. Wtedy nie przyszło mi do głowy, że jeden z kolejnych krachów gieldowych będę przeżywał nie jako inwestor, ale jako komentator największej polskiej gazety informacyjnej. Nagranie poniżej – powstałe późną nocą, w przeddzień jednego z największych spadków cen akcji w historii Wall Street – to był jeden z tych momentów, w których naprawdę nie wiadomo co powiedzieć, wiadomo tylko, że właśnie dzieje się historia.

Przeżyłem w 1993 r. wielką hossę, a potem wielką bessę w 1994-1995, podczas której straciłem prawie wszystko to, co wcześniej zarobiłem. Następnie przyszło kilka lat lizania ran i zarabiania pieniędzy w trudzie i znoju, zupełnie inaczej, niż  2003 r., kiedy portfel rósł lekko, łatwo i przyjemnie. A w 1997 r., jeszcze jako student trzeciego roku na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, podjąłem pracę dziennikarza finansowego w „Gazecie Wyborczej” i – jako komentator giełdowy – przestałem samodzielnie inwestować na giełdzie, przestawiając się na fundusze inwestycyjne. Ale doświadczenie, jakie zdobyłem na parkiecie, było jednym z najbardziej uzytecznych w moim życiu.

Gdzie do cholery jest dno?Nie tylko z powodów zawodowych, choć przecież łatwiej mi pisać o finansach, znając z własnego doświadczenia najważniejsze mechanizmy psychologiczne, rządzące inwestorami. Wszystkie kluczowe błędy, jakie można popełnić inwestując pieniądze, popełniłem i przetestowałem ich skutki na własnej skórze. Pomaga mi to w doradzaniu czytelnikom, a także we w miarę kompetentnym pisaniu tekstów poświęconych giełdzie do gazety, nawet w najbardziej dramatycznych momentach, kiedy wydaje się, że emocje sięgają zenitu i nadchodzi koniec świata. Tak było w 2008 r., kiedy giełda przeżyła kolejne w swojej historii załamanie. Pytałem: „Gdzie, do cholery, jest dno?”. .

Doświadczenie z giełdy przydaje mi się też w życiu, bo ono jest trochę jak giełda. Tu też przydaje się umiejętność zauważenia czegoś, czego inni jeszcze nie widzą, żelazna konsekwencja w działaniu, długoterminowe podejście, właściwa ocena wartości akcji nawet jeśli w danym momencie spadają.. A największe błędy życiowe też – tak jak na giełdzie – popełnia się wtedy, gdy działa się pod wpływem złych emocji, bez spojrzenia z dystansu i fundamentalnej oceny wartości aktywów. Gdyby się zastanowić głębiej, to większość giełdowych zasad inwestowania da się przełożyć na realne życie.

A na giełdzie, jak w życiu, na sukces trzeba solidnie zapracować. Bawiłem się ostatnio zestawieniami stóp zwrotu z akcji różnych spółek od ich debiutu do dziś. I wiecie co się okazało? Większość z tych firm, które „na oko” wyglądały na kury znoszące dla swoich akcjonariuszy złote jaja, tak naprawdę od debiutu dała zarobić 50%, 100%, czy 200%. Taki np. ComArch, bardzo dobrze zarządzana, rozsądnie rozwijająca się spółka informatyczna z Krakowa, od 1999 r. niemal potroiła swą wartość (290%-wy wzrost ceny od debiutu). Solidny wzrost, ale… no cóż, nie jest łatwo znaleźć spółkę, która w długim czasie przyniesie więcej, niż 10-15% zysku w skali roku. Rzecz jasna te 10-15% to i tak trzy razy więcej, niż na lokacie w banku, ale przecież każdy inwestor marzy o tym, by zainwestować w spółkę, dzięki której swój kapitał pomnoży kilkanaście lub kilkadziesiąt razy.

Kurs akcji LPPA i na warszawskiej giełdzie są takie chlubne przykłady. Kto od początku wierzył w model biznesowy spółki LPP, właściciela odzieżowej marki Reserved, od 2001 r., kiedy firma ta weszła na parkiet, zyskał 4325%, czyli pomnożył swój kapitał czterdziestokrotnie! Z zainwestowanych 10.000 zł dziś mógły wyjąć 435.000 zł. Firma wchodziła na parkiet po 48,3 zł i praktycznie nie dała nic zarobić tym, którzy kupowali jej papiery w ofercie publicznej po 48 zł. Ale za to dziś… każdy papier jest wart ponad 2100 zł. Piękny sen każdego inwestora. Albo Wawel, cukiernicza spółka z Krakowa. Kto od początku – czyli od 1998 r. – na nią stawiał, dziś ma 1180% zysku. Z każdej złotówki zainwestowanej trzynaście lat temu wyciąga dziś prawie 12 zł. Nie zawiódł się ten, kto postawił na ubezpieczeniową firmę Europa – od 1999 r. dała 1620% zysku. A Remak, producent uznanych na całym świecie kotłów? Od 1994 r. do dziś można było na jej akcjach zarobić 995%. I jeszcze przychodzi mi do głowy Apator, producent aparatury pomiarowej z Torunia, który od 1997 r. dał inwestorom 640% zysku.

Mówią, że na giełdzie nie ma karier od zera do milionera. Że jeśli myślisz o tym, żeby z giełdy żyć, to musisz zainwestować nie tysiące lub dziesiątki tysięcy, ale setki tysięcy złotych. Przy mniejszych kwotach możemy mówić o hobby, a nie zawodowej grze na parkiecie. To oczywiście racja. Ja też, startując z kapitałem 2000 zł, na parkiecie nie zarobiłem milionów. Ale z drugiej strony mamy przykłady spółek, które w ciągu kilkunastu lat pozwalają pomnożyć każdą złotówkę kilkanaście razy. A to już dużo, nawet dla kogoś, kto dziś ma przy duszy tylko np. 10.000 zł. Takich udanych inwestycji, perełek przynoszących złote plony, życzę Wam w 20-lecie warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Zamknij
social-facebook social-feed social-google social-twitter social-instagram social-youtube social-linkedin social-rss