Czy nasze przyszłe emerytury mogą pochodzić choćby w części z inwestowania długoterminowego, nie zaś wyłącznie z ZUS-u? Odpowiedzi na to pytanie szukałem – wspólnie z Pawłem Borysem (szef Polskiego Funduszu Rozwoju), Jackiem Fotkiem (wiceprezes warszawskiej giełdy), Jarosławem Dominiakiem (prezes Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych) i Kornelem Dybulem (prezes InvestHelp, firmy zajmującej się wspomaganiem inwestowania) – podczas panelu dyskusyjnego w pierwszym dniu konferencji Wall Street 21, odbywającej się w Karpaczu. To największe w Polsce spotkanie inwestorów indywidualnych.

Ta odpowiedź w zasadzie powinna być oczywista – relacje między zbieranymi składkami a wypłacanymi emeryturami będą się w przyszłości pogarszały i jest dość prawdopodobne, że dzisiejszy 40-latek dostanie realnie połowę emerytury, którą dziś inkasują nasze mamy i babcie, zaś 20-25 latek być może już tylko jedną czwartą. A więc grosze, bo już dziś nasi rodzice i dziadkowie nie mają przesadnie dużych emerytur. Wydaje się, że nie ma wyjścia i każdy z nas musi odkładać te kilka stówek na dodatkową emeryturę, być może nie tylko w banku, ale też w innych miejscach.

Czytaj: Jak lokuję swoje prywatne oszczędności? Ile w banku, a ile poza nim?

A jednak jest z tym jakiś problem. W zeszłym roku do banków popłynęło jakieś 40 mld zł naszych nowych oszczędności (łącznie mamy w nich ponad 700 mld zł). Do funduszy inwestycyjnych, które są podstawowym pośrednikiem w lokowaniu oszczędności poza bankiem dla zwykłych ludzi – tylko 5 mld zł. W dodatku tylko kilkanaście procent ludzi deklaruje systematyczne oszczędzanie (niekoniecznie w horyzoncie emerytalnym), 30-40% odkłada dorywczo (a więc na pewno nie w horyzoncie emerytalnym), zaś pozostałe 40-45% nie ma grosza przy duszy. W „wahikułach emerytalnych”, czyli na kontach IKE i IKZE, mamy odłożone jakieś 8 mld zł. W zeszłym roku przybyło 1,5 mld zł, a liczbę osób, które aktywnie korzystają z IKE lub IKZE szacuje się na 400.000 – czyli 2-3% pracujących.

Czytaj: Kto i w jaki sposób inwestuje w IKE i IKZE? Oto dane

W czasie naszej ponad godzinnej dyskusji – z aktywnym udziałem publiczności – każdy z nas dorzucił jakieś pomysły na to, by lokowanie oszczędności na emeryturę poza bankiem przestało być jakimś dziwactwem dla nielicznych, a stało się zwyczajem większości Polaków-szaraków. Postaram się je teraz uporządkować i ułożyć w jakiś spójny plan, z którym być może udam się nawet do „ważnych czynników partyjnych i państwowych”? W komentarzach dodawajcie własne punkty do tego planu.

Czytaj też: Co się musi stać, żeby banki przestały obniżać oprocentowanie depozytów? Widać iskierkę nadziei

1. Oszczędzanie „w pracy”, ale z gwarancją własności

Od lat promuję oszczędzanie w taki sposób, żeby nie bolało. „Schowaj przed sobą część pieniędzy, to nie wydasz ich na głupoty”. I sądzę, że w podobny sposób można byłoby ułożyć oszczędzanie na emeryturę. Taki plan ma wicepremier Mateusz Morawiecki i Paweł Borys. Chcą, żeby każdy pracownik domyślnie oddawał 2% pensji na coś w rodzaju pracowniczych programów emerytalnych, drugie tyle ma dokładać pracodawca, a rząd ma to odliczać od kosztów pracy (i w ten sposób też się dokładać). Morawiecki i Borys zakładają – chyba słusznie – że większość osób się z tego nie wypisze, bo nie będzie im się chciało. I będą oszczędzali na emeryturę bez bólu.

Czytaj też: Kolejna reforma przyszłych emerytur. Co musisz o niej wiedzieć?

Plan jest dobry, ale pod kilkoma warunkami. Po pierwsze musimy mieć gwarancję – inaczej, niż było z pieniędzmi w OFE – że składki odkładane w ramach tego programu są naszymi prywatnymi oszczędnościami. W przeciwnym razie Naród dojdzie do wniosku, że nie ma sensu drugi raz pakować swoich pieniędzy w coś, co potem rząd zabierze. Paweł Borys na Wall Street 21 zadeklarował, że takie gwarancje będą. Po drugie pieniądze w tych nowych programach emerytalnych muszą być zarządzane przez prywatne instytucje, a nie przez jakieś rządowe instytucje.

Czytaj też: Ten wyrok zwiastuje ostateczny skok na pieniądze w OFE

Po trzecie większość pieniędzy na emeryturę, które już zgromadziliśmy, a których jeszcze politycy nie zabrali (mowa oczywiście o OFE), musi trafić do naszych kieszeni (taki plan ma rząd 75% kasy, która jeszcze została w OFE, ma przejść na własność Polaków, na prywatne – choć zablokowane do czasu przejścia na emeryturę – konta). Taki plan mają Morawiecki i Borys, ale nie jest jeszcze pewne, czy go przeprowadzą przez Szydłorząd. Te trzy punkty zdecydują o tym, czy program autooszczędzania na emeryturę poprzez składki od pensji się powiedzie. Pod tymi trzema warunkami będę wspierał rząd w sprawie emerytur.

2. Ulgi podatkowe nagrodą za cierpliwość

Przez długie lata premii za długoterminowe oszczędzanie nie było (najlepiej oprocentowanymi lokatami w bankach były jednodniówki), a dziś premia ta jest na tyle nieznaczna, że zablokowanie pieniędzy na długo po prostu się nie opłaca. I w przyszłości lepiej nie będzie. Coś trzeba z tym zrobić, bo już 56% pieniędzy, które trzymamy w bankach, leży na ROR-ach, kontach oszczędnościowych i lokatach a vista. Tylko mniej, niż 5% ma termin dłuższy, niż rok. Deklarowany termin inwestycji w fundusze nie przekracza dwóch-trzech lat.

Generalnie mam wątpliwości co do ulg na oszczędzanie (raczej wspierają zamożnych, którzy już i tak oszczędzają, bo nie mają co robić z kasą), ale uważam, że wprowadzenie ulgi podatkowej dla każdego, kto będzie trzymał pieniądze gdziekolwiek, ale dłużej, niż przez pięć (może dziesięć?) lat, spowodowałoby „przekwalifikowanie” części naszych oszczędności na emerytalne i większą chęć do oszczędzania w ogóle.

3. Prostsze sposoby na mobilne lokowanie pieniędzy

Automatyczne oszczędzanie „u pracodawcy” może być dobrym pierwszym krokiem, ale nie zapewni dużego dodatku do emerytury. A w każdym razie nie zapewni wystarczających pieniędzy każdemu. Powinniśmy coś zrobić dodatkowo. Problem w tym, że mało kto z nas zna się na finansach i potrafi wybrać właściwą inwestycję. W dodatku jesteśmy nieufni. Miliony dały się nabrać na polisy inwestycyjne, piramidy finansowe i fundusze zarabiające po kilkaset procent „bez ryzyka”.

Czytaj też: Fundusze inwestycyjne „już” mają tyle naszych pieniędzy, ile przed kryzysem. Śmiać się czy płakać?

Branża finansowa wciąż robi zbyt mało, by zapewnić nam, nieogarniętym finansowo Polakom, proste instrumenty do inwestowania w taki sposób, by automatycznie rozkładać ryzyko. W bankach dopiero pojawiają się pakiety funduszy, które automatycznie dzielą pieniądze na różne klasy aktywów. Są już pierwsze fundusze multiasset, których celem jest inwestowanie we wszystko i wszędzie. Pojawiają się – niestety, na razie tylko od zagranicznych „producentów” – aplikacje do inwestowania pieniędzy jednym kliknięciem. Idzie ku dobremu, ale idzie bardzo wolno.

Czytaj też: Fundusz we-wszystko-inwestujący i gwiazda na pokładzie. Czy to przełom w inwestowaniu dla Kowalskiego?

Być może sprawę załatwią wkrótce robo-advisors, czyli automaty automatycznie dobierające portfel inwestycji do potrzeb konkretnej osoby. Być może na większą skalę pojawią się ETF-y (czyli fundusze inwestujące w indeksy), być może w przyszłym roku ruszą REIT-y (umożliwiające inwestowanie w najem galerii handlowych i biurowców dla dywidend). Być może na giełdzie będą notowane ETF-y na fundusze inwestycyjne? Wiceprezes GPW Jacek Fotek mówił na Wall Street 21, że to jest bardzo możliwe i to już niedługo. Lokowanie pieniędzy musi stać się prostsze i bardziej zrozumiałe dla zwykłego ciułacza. Bo od wielu lat kisimy się w gronie „małych” kilku milionów Polaków, którzy są zainteresowani inwestowaniem. A gra idzie o całą resztę.

Czytaj też: Dlaczego powinniśmy natychmiast zażądać ETF-ów?

Czytaj też: Pierwszy wyrób REIT-opodobny na giełdzie!

4. Rozpoznawalne marki bliżej ludzi

Trudno będzie „zaprzyjaźnić” z rynkiem kapitałowym przyszłych emerytów jeśli inwestowanie nie będzie bliżej związane ze zwykłym, codziennym życiem. Najbardziej rozpoznawalne polskie marki powinny „pokazać się” posiadaczom oszczędności. Orlen, PZU, PKO BP, Lotos, Tauron, Cyfrowy Polsat, LPP… To są firmy, które mogłyby np. emitować (na początek) obligacje dla zwykłych Polaków. Przydałoby się promowanie posiadania akcji i dywidend poprzez przekazywanie przez firmy prezentów „w naturze” drobnym udziałowcom, albo rabatów na swoje usługi. 

Wiem, że takie zabawy są drogie, nieefektywne i bez sensu, ale… tu chodzi o pokazanie się jako firma, której warto być współwłaścicielem, a nie o korzyści finansowe. Gdyby jakieś giełdowe firmy – najlepiej te, które wypłacają dywidendy – chciały w ten sposób powalczyć o miliony przyszłych emerytów, to pomógłbym. Bycie posiadaczem kawałka wielkiej, niezniszczalnej polskiej firmy powinno stać się modne i opłacalne. I to te firmy powinno o to zadbać niestandardowymi działaniami, skierowanymi do milionów. Przecież owe miliony są klientami tych firm. Skoro są klientami, to znaczy, że ufają tym markom. Dlaczego przynajmniej część z nich nie miałaby stać się ich współwłaścicielami?

  • „DYWIDENDA JAK W BANKU” – EDUKACYJNA AKCJA BLOGERÓW. Od ponad roku blog „Subiektywnie o finansach” oraz Longterm.pl prowadzą akcję „Dywidenda jak w banku”. Pokazujemy w niej dlaczego nie warto trzymać pieniędzy tylko w banku, przekonujemy, że dochody z dywidendy mogą być ekwiwalentem odsetek od depozytu oraz radzimy w jaki sposób inwestować w spółki wypłacające dywidendy. Szczegóły akcji są na stronie akcji. Wszystkie teksty, które ukazały się w blogu www.subiektywnieofinansach.pl znajdziecie natomiast pod tym linkiem. Wszystkie klipy wideo nagrane w ramach akcji znajdziecie pod tym linkiem.

5. Edukacja, czyli czym się różni giełda papierów wartościowych od osiedlowego bazarku?

Do tej pory do ludzi trafiał przekaz, że giełda to kasyno, szulernia, w najlepszym razie jakieś niezrozumiałe dla szerszej publiczności machlojki. Nie wiem czy obecny rząd tego potrzebuje, ale my na pewno potrzebujemy przekonać się, że rynek papierów wartościowych działa dokładnie tak samo jak bazarek osiedlowy. Jest popyt, jest podaż, cena zależy od konkurencji, marży, kosztów produkcji. Moim zdaniem wystarczy przekonać ludzi, że tu rynek i tam rynek (tylko tu jest marchewka, a tam kawałek własności producenta marchewki) i to całe inwestowanie przestanie być hermetyczne dla zwykłego „ludzia”. A potem pójdzie już z górki. Tak, bez edukacji też ani rusz.

Wall Street 21: to jest już last call

To w sumie nie są trudne rzeczy, ale trzeba by działać większą ekipą. Politycy (nie wiem czy ci z PiS są zainteresowani rozwojem wolnego rynku) jako goście, którzy mogą przygotować dobre mechanizmy i otoczenie podatkowe, największe spółki (zauważając także tych drobnych inwestorów, a nie tylko tych, którzy dają najwięcej pieniędzy), giełda jako platforma do łączenia ludzi ze sobą oraz firmy finansowe jako dostawcy produktów. I może jeszcze regulator, który zapewniłby przyjazne otoczenie do tego wszystkiego (czyli żeby można było rzeczywiście lokować oszczędności „na jeden klik” w bezpieczny sposób). Na razie jest tak, że każdy sobie rzepkę skrobie. Coś-tam się udaje, ale idzie zdecydowanie za wolno jak na tak sprzyjające okoliczności (niskie stopy procentowe).

Share This

Zapisz się na mój newsletter!

 

W prezencie otrzymasz:

- Wstęp na e-spotkania, na których odpowiem na Twoje pytania

- Pakiet e-booków z praktycznymi poradami finansowymi

- Dostęp do dokumentów ułatwiających walkę o Twoje prawa (wkrótce)

Gratulacje! Jesteś zapisany!