Sporo ostatnio dzieje się na niwie pozasądowych ugód zawieranych z konsumentami przez instytucje finansowe. Dotyczy to sytuacji, w których sprzedano tym konsumentom toksyczne – lub nieodpowiednie dla nich – produkty finansowe. Jeśli sądy w pewnych sytuacjach seryjnie wydają niekorzystne dla instytucji finansowych wyroki, to nie ma sensu iść na wokandę z kolejnymi klientami, lepiej się dogadać. Dziś już sporo wiadomo np. o nowej sytuacji prawnej posiadaczy polisolokat – linia orzecznicza w sądach jest taka, że pobierane przez ubezpieczycieli opłaty likwidacyjne nie wiążą klientów i trzeba je im oddać.

I ubezpieczyciele oddają. Czasem dogadują się w tej sprawie z firmami, które dystrybuowały ich polisy, np. bankami. Bo często było tak, że to dystrybutor wprowadził w błąd klienta, nie przedstawiając mu istoty produktu. Albo to dystrybutor zażądał wprowadzenia do warunków polisy wysokich opłat likwidacyjnych po to, by mógł więcej zarobić. Część polisolokat była zresztą „produkowana” na zamówienie określonych banków, więc nic dziwnego, że ubezpieczyciele oczekują, że wezmą one na klatę część kosztów.

Czytaj też: Chcesz odzyskać pieniądze z polisolokaty, której nie objęła ugoda z UOKiK? Mój czytelnik zrobił tak. I oddali!

Kiedy już jednak dochodzi do zwrotu pieniędzy klientowi, zwykle okazuje się, że… dokopuje temu klientowi państwo. To samo państwo, które niejednokrotnie nie kiwnęło żadnym ze swoich licznych urzędniczych i ustawodawczych palców w jego obronie. Państwo, którego urzędnicy nie dopilnowali, by w obrocie prawnym nie znalazły się – i to wprowadzane na skalę przemysłową – „lewe” umowy i toksyczne produkty. Państwo, którego urzędnicy pozwolili na oferowanie klientom produktów, z których nie można się wycofać przez 10-15 lat pod karą utraty wszystkich pieniędzy (niezależnie od tego czy zarządzający tymi pieniędzmi spisują się dobrze czy nie). Państwo, które skazało klientów na samodzielną walkę w sądach i w dodatku nie zapewniło sprawnego, ani przyjaznego działania tych sądów.

Napisała do mnie pani Ewa, która wywalczyła – nie bez problemów i nie bez kosztów – zwrot pieniędzy zainwestowanych w polisę inwestycyjną. Pani Ewa jest załamana (a może bardziej zniesmaczona, niż załamana) zachowaniem… nie, nie ubezpieczyciela. Ani banku, który sprzedał jej coś, czego nie chciała kupić. Jest zniesmaczona zachowaniem państwowych urzędników. A raczej nie tyle konkretnych urzędników, co przepisów regulujących działania tych urzędników.

„Panie Macieju, w 2015 r. pomógł nam Pan radą w sprawie kilku polisolokat z Getin Banku. Skorzystaliśmy z Pana wsparcia, tata podpisal porozumienia z bankiem i odzyskal swoje pieniądze, za co bardzo Panu dziękujemy jeszcze raz! W roku 2016 przyszło pismo z Getin Banku, że tata musi zapłacić podatek dochodowy za część kwoty, którą niejako „dopłacił” bank do tego, czego nie oddały towarzystwa ubezpieczeniowe. Bank zachował się fair i „dopłacił” od siebie pieniądze na podatek, by tata netto otrzymał tyle, na ile się umówił z bankiem. Chodziło o 3500 zł”

Prawo podatkowe jest jasne: zwrot pieniędzy, które nie wynikają z umowy klienta z firmą ubezpieczeniową (czyli np. nie są wypłatą świadczenia ubezpieczeniowego) to dla klienta dochód – nawet jeśli wynika z tego, że bank po prostu oddał pieniądze, które zniknęły w czarnej dziurze produktu finansowego. W tym przypadku bank dopłacił ten podatek, co jeszcze niedawno nie było standardowym zachowaniem instytucji finansowych. To jednak nie koniec historii.

„Tata otrzymał pieniądze, zapłacił podatek i… teraz przyszło pismo, że tata ma zapłacić podatek od tych 750 zł, które bank dopłacił mu z tytułu owego podatku. bo to… też był jego dochód. Tym razem bank już nie proponuje pieniędzy na zapłatę tego podatku”

Nic dziwnego, że nie proponuje, bo to by spowodowało pętlę kolejnych roszczeń Skarbu Państwa. Skoro urzędnicy biorą podatek od dopłaty do podatku, to przecież równie dobrze mogą zgłosić się po podatek od dopłaty do dopłaty do podatku. I tak bez końca. Bank nie zrobił nic nadzwyczajnego, po prostu w jednym roku wystawił PIT-a za to, co wypłacił klientowi w ramach „świadczenia głównego”, a w drugim – z tytułu „dopłaty do podatku”.

Czytaj też: Szary konsument kontra machina prawnicza ubezpieczyciela. Zawziął się i… bez prawnika wygrał w sądzie!

Sprawa pozornie jest prosta jak drut. Od dochodów płaci się podatki. Ale – do cholery – ten dochód podatnika wynika wyłącznie z faktu, że wziął sprawy w swoje ręce i wykonał za państwo jego robotę. Że sam (lub z pomocą prawników, nie wiem dokładnie), napisał pisma przedsądowe, być może nawet złożył w sądzie pozew. I na koniec odzyskał to, co należy mu się jak psu buda – zwrot pieniędzy, które wynikają z istnienia w umowach niewiążących go zapisów. Po drugie zaś ten dochód jest jedynie zwrotem tego, co klientka wpłaciła do toksycznego produktu, nieuczciwie pobranych przez bank i ubezpieczyciela pieniędzy.

Jeśli państwo postanowiło w tej sprawie umyć ręce (tak, jak umyło ręce np. w przypadku frankowiczów, czy posiadaczy ubezpieczeń niskiego wkładu własnego) to może powinno zabrać lepkie rączki od pieniędzy, które klienci wywalczyli nie z pomocą państwa, ale samodzielnie – pomimo tego, że to państwo działa teoretycznie.

Czytaj też: Włożyłeś pieniądze w toksyczną polisolokatę? Są coraz większe szanse, żeby je odzyskać. Trzy dobre wieści!

Share This

Zapisz się na mój newsletter!

 

W prezencie otrzymasz:

- Wstęp na e-spotkania, na których odpowiem na Twoje pytania

- Pakiet e-booków z praktycznymi poradami finansowymi

- Dostęp do dokumentów ułatwiających walkę o Twoje prawa (wkrótce)

Gratulacje! Jesteś zapisany!